Z plecakiem w podróży

Z plecakiem w podróży

W DRODZE DO DŻAKARTY, DŻAKARTA

I nadszedł czas opuszczenia naszego raju i powrotu do Polski. Pozostała nam tylko droga na lotnisko w Mataran (które tak naprawdę nie jest w Mataram, a jakieś 35 km od tej miejscowości), potem lot do Dżakarty, a następnie lot do Berlina. W Dżakarcie miałyśmy spędzić 2 dni.
Trasa miała być prosta i przyjemna. No, bo dlaczego nie miałaby być? 
Lot z Dżakarty do Berlina zakupiony jeszcze w Polsce, podobnie jak lot z Mataran do Dżakarty, hotel w Dżakarcie zarezerwowany 2 dni wcześniej, a transport z portu Bangsal na lotnisko w Mataran kupiony parę dni wcześniej w agencji turystycznej. No właśnie i ten punkt, a dokładnie ta agencja przyprawiała nas o drżenie serca "czy się uda czy znowu będziemy czekać na transport w nieskończoność?". A mogłyśmy mieć spore wątpliwości zważywszy, jak wyglądał nasz transport na Gili Meno zorganizowany przez naszą ukochaną agencję (tu szczegóły >>>KLIK<<<).
Nasza podróż zaczęła się rano (o ile pamiętam o godzinie 8.00) rejsem z Gili Meno do portu Bangsal. Oczywiście podróż zaczęła się z jakimś 0,5 h opóźnieniem, ale to normalka w Indonezji. Dotarłyśmy do portu i, jak zwykle, otoczyli nas jacyś taksówkarze  i inni przewoźnicy z pytaniem gdzie jedziemy i, żeby pokazać ticket, a oni nas wszędzie dowiozą. No to pokazujemy bilet, a oni wtedy wycofują się i mówią, że coś z tym biletem jest nie tak. No dobraaaa, zaczynamy się bać. Po raz pierwszy nam się to zdarza, więc lekko zaniepokojone idziemy do naszej "ukochanej" agencji. Na szczęście jest blisko. I na szczęście na miejscu jest chłopaczek, który sprzedał nam te bilety. Oczywiście z uśmiechem zapewnia nas, że z biletami jest wszystko w porządku i za jakieś pół godziny wyruszymy, jak tylko zbiorą się pozostałe osoby. W tym momencie ciśnienie skoczyło mi chyba do 200, bo historia (i śpiewka) zaczyna się powtarzać, ale tym razem nie jedziemy na jakiś wypoczynek, tylko musimy zdążyć na samolot (a jeśli nie zdążymy na ten samolot, to możemy nie zdążyć na samolot powrotny). Spokojnym głosem (mimo, że w środku kipiałam) i łamaną angielszczyzną (no, bo w środku kipiałam ;)) powiedziałam do naszego "sympatycznego" sprzedawcy, że jeśli za pół godziny nie wyruszymy, to ja osobiście stanę przed drzwiami jego agencji i każdej osobie, która tu wejdzie powiem, żeby nic tu nie kupowała, bo tu są sami oszuści. Chyba uwierzył. Z zegarkiem na ręku kontrolowałam czas i jeszcze 5 minut przed końcem przypomniałam chłopaczkowi, że czas mu pomału mija. I co się stało? W wyznaczonym czasie podjechała taksówka. Okazało się, że nie musimy na nikogo czekać i taksówka jest do naszej dyspozycji. Kosztowało nas to trochę nerwów i pewnie uznali nas za jakieś nienonarmalne i źle wychowane (no, bo w Indonezji pokazywanie złości jest bardzo źle widziane), ale dojechałyśmy na lotnisko. Tam dowiedziałyśmy się, że zmieniono nam linie z Lion Air na Batik Air. I tak po 2 h locie dotarłyśmy do Dżakarty.


na lotnisku


zmiana na lepsze z Lion Air na Batik

a w samolocie zaskoczenie. 
Mimo, że lot trwał tylko 2 godziny dostałyśmy jedzenie


Z lotniska w Dżakarcie autobusem dojechałyśmy do dworca Gambir, a stamtąd becakiem (połączenie motoru z rikszą) do hotelu Ro&Vi (cena noclegu ze śniadaniem 280 000rp, zaszalałyśmy ;)). Następnie zakwaterowanie, prysznic i spanie.

nasz hotel nocą...

... i za dnia. Nie wygląda imponująco

a to widok z recepcji na ulicę w Dżakarcie

Następnego dnia udałyśmy się na śniadanie (miałyśmy wliczone w cenę noclegu), które okazało się całkiem smaczne. Po śniadaniu ruszyłyśmy w miasto. 
O Dżakarcie czytałyśmy wiele. Niestety nie były to pochlebne opinie. Wszyscy pisali, że nie ma tam co zwiedzać, że miasto jest zakorkowane i  brudne i najlepiej jak najszybciej stamtąd uciekać. My uciekać nie mogłyśmy, bo następnego dnia miałyśmy samolot powrotny. I tak negatywnie nastawione postanowiłyśmy nie szukać atrakcji do zwiedzania (zresztą w przewodniku nie było nic ciekawego), a poszukać jakiś miejsc na ostatnie zakupy. Domów handlowych w Dżakarcie jest wiele i są ogromne. My wybrałyśmy (o ile dobrze pamiętam) Mangga Dua. Droga do centrum zajęła nam jakąś godzinę, ale to była fajna droga. Ludzie w Dżakarcie okazali się bardzo mili, ciekawscy obcych. Co chwilę słyszałyśmy "hallo".


ulice w Dżakarcie

globalizacja jest wszędzie widoczna


ulice są wiecznie zakorkowane



Dom towarowy okazał się OGROMNY. Kilkupiętrowy. Nawet najwięksi fanatycy zakupów nie zwołaliby go przejść. My spędziłyśmy tam może ze dwie godziny, kupiłyśmy sobie torebki i powoli wracałyśmy do hotelu po drodze kupując owoce i inne cuda do jedzenia :)


w galerii handlowej. Tu piętra z torebkami


w Dżakarcie nawet manekiny są uśmiechnięte ;)

i moja zdobycz :)

spacerując ulicami Dżakarty

sprzedawcy kamieni i biżuterii




cieplutkie orzeszki ziemne

sprzedawcy obrazów...

... które są tworzone na bieżąco

sprzedawcy zwierzątek

a tu można było zjeść sataye z kobry. Nie skorzystałyśmy 


becak

a w takich budkach można było kupić pyszne jedzonko...

... za niewielkie pieniądze




Dżakarta to był czas na ostatnie zakupy





część tych zakupów skonsumowałyśmy w hotelu, a część poleciała z nami do Polski


a na koniec dnia spotkałam swoje autko w wersji pink ;)

Na koniec dnia, w pobliżu hotelu udałyśmy się na kolacje. I zgadnijcie co zamówiłyśmy? Bingo! Owoce morza. Świeżutkie i pachnące. Było trochę kłopotu z zamówieniem, bo właściciele/pracownicy straganu nie mówili ani słowa po angielsku, ale daliśmy radę. Oni i my. Oni to wszyscy klienci baru ;)

nasza ostatnia kolacja w Indonezji. W tle kucharz :)

produkty są świeże, co można sprawdzić


a to moja kolacja 

Ostatni dzień w Indonezji zaczął się ponownie od hotelowego śniadania. Potem dopychanie plecaka i w drogę na dworzec autobusowy. Autobusem chciałyśmy się dostać na dworzec Gambir, a stamtąd łapać taksówkę na lotnisko. Oczywiście nie odbyło się bez problemów, bo wysiadłyśmy 2 przystanki za wcześnie. Na szczęście szybko nadjechał kolejny autobus i już bez przeszkód dotarłyśmy do Gambir. Tam bez problemów złapałyśmy taksówkę na lotnisko (40 000rp).

na drogę kupiłyśmy sobie parę owoców z naszych ulubionych wózków



i już jedziemy autobusem na Gambir

w drodze na lotnisko, ostatni rzut oka na Dżakartę

bo my wbrew wszystkim opiniom :)

I tak zakończyła się nasza przygoda z Indonezją.
Ciekawostki z lotu powrotnego. Samolot z Dżakarty do Abu Dhabi miał godzinne opóźnienie, ale przyleciał 15 min PRZED planowanym przylotem. 
I ostatnia rzecz. Na przesiadce w Abu Dhabi zapomniałam przepięknego balijskiego latawca, którego taszczyłam przez pół Indonezji dla swojej bratanicy :(


i już jesteśmy nad Berlinem

i czekamy na Polskiego Busa do Polski




W DRODZE DO DŻAKARTY, DŻAKARTA W DRODZE DO DŻAKARTY, DŻAKARTA Reviewed by Aleksandra Taskin on 15:02:00 Rating: 5

11 komentarzy:

  1. Podróż z przygodami! Ale godny podziwu patent z agencją i groźbą nawoływania do niekupienia. Sprawdziłby się w niejednym miejscu na świecie, chyba nawet w Grecji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oho! Skąd ja to znam! Indonezja w pełnej krasie! Pół godziny opóźnienia to naprawdę świetny wynik! Mój speedboat odpłynął ok. półtorej godziny po czasie i też miałam zabawę z biletami, ale już przezornie od jakiś 3 tygodni zakładałam duże widełki i liczne wyboje po drodze. Jadąc na lotnisko w Denpasar, dość zabawnie się przeliczyłam. Założyłam ok. 1,5 godziny opóźnienia przyjazdu taksówki, miałam plan B i dodatkową kasę wyjętą specjalnie z bankomatu na wszelki wypadek, jakby mój kierowca chciał negocjować od początku ;) Wyruszyliśmy tylko 40 minut później, było tylko parę przystanków w międzyczasie (w tym jeden na moją wałówkę, którą dostałam w prezencie!), a kwota nie uległa zmianie ;)
    Ten kraj jest naprawdę nieobliczalny! :) Tak bardzo, że nawet postanowiłam zostać w nim agentem do zadań specjalnych ;) http://www.hamaklife.com/w-hamaku/poradniki/indonezyjskie-refleksje/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, pół godziny to nic, ale bałyśmy się, że pół godziny może się zamienić w pół dnia ;)

      Usuń
  3. To centrum handlowe wygląda jak duży bazar ;) Miasto nie wygląda zachęcająco, ale jedzenie już tak. Pojechałabym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miasto nie wygląda zachwycająco, ale bardzo fajni ludzie tam są :)

      Usuń
  4. Ważne, że była przygoda :D W ogóle mega sposób z tym ewentualnym odradzaniem klientów zakupu w tym miejscu;p
    Fajny bazar, lubię takie miejscówki:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobry szantaż nie jest zły. Ale miałaś rację, czasami trzeba lokalnych sprzedawców/organizatorów kontrolować, bo inaczej będą sobie pogrywać lub oleją sprawę. w tym przypadku tak się na szczęście nie stało i udało Wam się sprawnie dotrzeć do celu. Ale zapewne chłopaczek z agencji mocno zapamiętał sobie dziewczynę z Polski ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze Indonezja tak bardzo mnie ciągnie.....Wprawdzie po Twoim wpisie nie wiem czy moja wrodzona niecierpliwość ogarnęłaby to miejsce :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne przygody, ale widzę że warto było się trochę pomęczyć! Patrząc po zdjęciach natomiast widzę pomieszanie z poplątaniem :P Chyba nie dałbym rady ogarnąć tego na żywo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Z Dżakarty pamiętam głównie deszcz. Wielka ulewa, która trwała godzinami. Dobrze, że odlecieliśmy stamtąd na Sumatrę, bo później było jeszcze gorzej i normalnie zalało część miasta (w styczniu/lutym 2015). Widzę, że miałaś lepszą pogodę. My tylko zdążyliśmy iść na taki plac z wysokim pomnikiem i do kina :P

    OdpowiedzUsuń

Home Ads

Autor obrazów motywu: Sookhee Lee. Obsługiwane przez usługę Blogger.