Z plecakiem w podróży

Z plecakiem w podróży

REJS NA KOMODO

Rejs na Komodo wykupiłyśmy dwa dni wcześniej w agencji turystycznej w Senggigi.

nasz bilet


ulotka

i plan rejsu


Umówionego dnia, rano pod hotel przyjechał po nas busik, żeby zabrać nas na rejs na Komodo. Oczywiście po tym nastąpiło zbieranie kolejnych osób i, jak się potem okazało, nie tylko na Komodo, ale także tych wybierających się na Gili, Bali, itd. . Po jakieś pół godzinie zajechaliśmy na punkt rozsyłki ludzi. Była to restauracja połączona z agencją turystyczną. Okazało się, że ci, którzy płyną na Komodo muszą poczekać 2 godziny, zatem mogłyśmy spokojnie zjeść śniadanie.
Po niecałych 2 h kazano nam przejść jakieś na przystań. Na szczęście wcześniej zabrali nam plecaki, a droga zajęła nam jakieś 10 min. Na przystani okazało się, że wejście na statek nie jest takie proste, bo trzeba wskoczyć z pomostu na statek, ale udało nam się.

w drodze do portu

no i port

nasz statek. Na ulotkach wyglądał bardziej komfortowo ;)

wejście na statek nie było łatwe

No i zaczął się rejs. Statek pędził po falach, jak szalony i niestety z przykrością musiałam stwierdzić, że cierpię na chorobę morską. Mogłam się jedynie pocieszyć tym, że nie tylko ja. I tak wszyscy o bladych twarzach udali się na spoczynek czyli zalegli na materacach i marzyli o śnie, żeby choć na chwilę nie czuć mdłości. Większa część naszej grupy, my także, wykupiła miejsca na decku czyli górnym pokładzie łodzi, który nie jest podzielony na kajuty.
Po jakimś czasie zostaliśmy zawołanie na lunch, który był bardzo dobry, chociaż nie były to owoce morza, a czegoś takiego się spodziewałam. Po lunchu większość grupy ponownie usiłowała zapanować nad chorobą. Niestety co było na kolację nie wiem, bo ja nie byłam w stanie zejść. Wtedy już umierałam ;)
Pierwszego dnia rejsu, jedynie zatrzymaliśmy się na zachód słońca. Od razu uczestnicy rejsu skorzystali z możliwości kąpieli w morzu.

ah te zachody słońca :)



Drugiego dnia poczułam się dużo lepiej. Na śniadanie były naleśniki z bananem polanę czekoladą. Pierwszy przystanek tego dnia, to był wodospad na wyspie Moyo. Ciekawostką jest to, że statek zatrzymuje się kawałek od brzegu i trzeba sobie dopłynąć. Jedynie Angelika poprosiła o podwiezienie łódką, na co nasz opiekun lekko się zdziwił. Treking na wodospad jest banalny. Sam wodospad ładny, ale fajerwerków nie ma. Potem nastąpiła wspinaczka na wodospad, którą sobie odpuściłyśmy. Ja, wiedząc, jaką jestem sierotą i jak tragicznie może się to dla mnie skończyć nawet nie pomyślałam, żeby spróbować. Zatem wcześniej wróciłyśmy na brzeg morza, razem z grupą innych, którzy nie podjęli tej karkołomnej wspinaczki. Ja trochę posnurkowałam, Angelika popływała i znowu wróciłyśmy na statek. Ja wpław, Angelika łódką (wygodnicka ;))

Angelika i jej własny prywatny transport na wyspę. 
A po lewej biedaczki, które musiały płynąć wpław.

wodospad na wyspie Moyo

wspinaczka nie należała do najłatwiejszych, 
szczególnie jeśli trzeba było się wspinać na bosaka


I znowu nudne płynięcie. Kolejny przystanek -  wyspa Satonda ze słonym jeziorem. Jak tam było? Niestety, nie mogę Wam napisać. Dlaczego? To było tak. Statek, znowu zatrzymał się w sporej odległości od wyspy. Opiekun kazał nam do pudełka włożyć aparaty i samemu z maską do snurkowania płynąć w stronę wyspy. Na moje nieśmiałe pytanie, a co z butami odpowiedział ze śmiechem, że tam się chodzi boso. No to ok. Wchodzę do wody i płynę w stronę wyspy. Jest do niej kawałeczek, więc z utęsknieniem czekam, aż nogami dosięgnę dna. Gdy zobaczyłam, że już będę w stanie, spróbowałam dotknąć dna, ale w jednej sekundzie poczułam ból. No to znowu spróbowałam płynąć, tym razem z ledwością, bo ból się nasilał. Dopłynęłam do miejsca, gdzie mogłam usiąść, podniosła nogę i spróbowałam nie ryczeć z bólu. Obok mnie przechodziła kobieta z mojego statku, zobaczyła co się dzieje i zawołała pomoc. I tak zostałam przeniesiona na brzeg, jeden z marynarzy zaczął wysysać jad (?) z mojej stopy, bo uznali, że to nie koral, ale jakieś zwierzę, stopa została posmarowaną jakimś ichnim dziadostwem i obłożona lodem. Po pewnym czasie ból zmalał, ale wciąż bolało jak chol...., tzn. bardzo. Litościwie zostałam odwieziona łódką na statek i tam sama zajęła się swoją stopą. Zaczęłam od przepłukania stopy czystą wodą (wcześniej nikt nie uznał tego za konieczne) i skoro uznali, że to zwierzę posmarowałam stopę Fenistilem i obwiązałam bandażem. Po 15 min było zdecydowanie lepiej, bolało, ale znośnie. I w sumie na tym skończył się mój dzień. Skończyło się snurkowanie i pływanie.

ot takie sobie widoczki ;)






Ponownie w nocy statek płynął jakby coś go goniło, więc nikt rano nie był wyspany.
Kolejny dzień zaczął się od zdobywania góry. Tym razem, żeby nie zdobywać góry w mokrych ciuchach statek podpłynął pod sam brzeg, ale to wcale nie ułatwiło zejścia na ląd, bo trzeba było zeskakiwać z dzioba statku.

mimo, że tym razem statek podpłynął pod sam brzeg zejście
 na ląd nie było łatwe..., 
żeby nam się, przypadkiem, w głowach nie poprzewracało ;)

a na brzegu totalny syf :(


Góra niewielka, ale podejście dość strome. Widoki co kawałek piękniejsze i naprawdę warto tam się wdrapać. Niestety bardzo trudne było schodzenie, bo buty ślizgały się na żwirku.

widoki z góry... co kawałek, to ładniejsze








Ola z plecakiem na szlaku ;)


Po tym lekkim trekingu nastąpiło polowanie na mantę czyli płaszczkę. Grupa zaopatrzona w sprzęt do snurkowania przemieszczała się z miejsca na miejsce, aby zobaczyć to stworzenie.


droga między trekkingiem, a polowaniem na mantę czyli znowu parę widoczków




Kolejnym punktem była różowa/czerwona plaża. Z daleka nie robiła wrażenia. Dopiero po dopłynięciu na nią można zobaczyć jej niesamowity kolor. Dodatkowym atutem tego miejsca jest bardzo ładna rafa. Zatrzymaliśmy się tu na dużej, więc był czas na plażowanie i na snurkowanie. Po plażowaniu nasz przewodnik ulitował się nad nami i pozwolił nam się wykąpać i umyć włosy w słodkiej wodzie. Wprawdzie warunki bardzo spartańskie, ale te uczucie czystości, po dwóch dniach kociego mycia, wspaniałe :)

Red Beach, niestety z daleka nie widać jej niesamowitego koloru, 
a że znowu trzeba było dopłynąć wpław, zabranie aparatu było niemożliwe


Na wieczór zatrzymaliśmy się w okolicach wioski rybackiej. I tu mogliśmy, po raz kolejny, obserwować przepiękny zachód słońca. Niespodziewanie mogliśmy też podziwiać przepływające delfiny, które każdego uczestnika tej wyprawy wprawiły w zachwyt. I po tej atrakcji latające lisy już nie wydawały się aż tak atrakcyjne :)

wioska rybacka obok, której przycumowaliśmy



wyspa "naprzeciwko" wioski rybackiej

handlarze, którzy oblepili nasz statek


no i kolejny zachód słońca

Czwartego dnia dopłynęliśmy do celu tego rejsu czyli na Wyspy Komodo i Rinca, gdzie mieliśmy zobaczyć słynne smoki z Komodo. Zaczęliśmy od Komodo. Już na samym początku przewodnicy, a przydzielono ich aż pięciu, powiedzieli, że będziemy mieli szczęście, jak zobaczymy warany. Dlaczego? Bo właśnie są w okresie godów i składania jaj i wyniosły się w głąb wyspy. Po jakiś 15 min spotkałyśmy pierwszego warana, a po kolejnych następnego. I na tym był koniec. Ja miałam wrażenie, że nasi przewodnicy od samego początku wiedzieli, że te dwie sztuki są właśnie w tym miejscu, ale oni zgodnie opowiadali, że mamy szczęście, bo widzimy AŻ dwa warany. Wycieczka ogólnie była ciekawa, ale nie urywała d....


no i cel naszej wyprawy



pierwszymi zwierzętami, które zobaczyliśmy na Komodo nie były warany


 jeden z przewodników

wodopój waranów przy którym powinno być mnóstwo jaszczurów... jak widać nie było

iiiiii... ta da! jest! nasz pierwszy smok :)



waran - celebryta czyli tak wygląda oglądanie waranów na Komodo


pogromczynie smoków ;)

nasz drugi i ostatni waran






uciekaj, bo cię zjem ;)


Ale za to na Rince było dużo lepiej. Wprawdzie nie widzieliśmy dużo więcej smoków (w sumie 5 sztuk), ale przewodnicy w czasie tej 1,5 godzinnej wędrówki opowiadali różne ciekawostki, pokazywali nam inne zwierzęta, zatrzymywali się przy ciekawszych roślinach. No i największym wydarzeniem był waran, który.... chodził. Tak, tak, chodził. Nie leżał znudzony, jak pozostałe, ale przemieszczał się z miejsca na miejsce ;)

w drodze na Rince, ostatnia sesja zdjęciowa

tym razem, żeby zejść na ląd trzeba było przejść po kilku statkach

i już jesteśmy na lądzie :)

w drodze do kasy biletowej

i jesteśmy na miejscu

którą trasę wybrać?

i ponownie warany nie były pierwszymi zwierzętami, ale już po chwili...

... jest pierwszy waran...

... a po paru metrach kolejny


i jeszcze jeden, który...


... był kolejnym celebrytą

widzieliśmy nie tylko te wielkie jaszczury
tu dzikie pszczoły

a widzisz tu małpy?

tu polowaliśmy bawoła

drzewo z czaszkami

i jeden z naszych przewodników tłumaczy nam, która jest czyja

a tu piękne widoki

i nasz ostatni smok, który postanowił skorzystać z toalety...

a potem pójść na spacer



a tu dowód, że jaszczur nie należy do miłych zwierzatek



no i żegnamy się z Rincą


Po Rince czekał nas tylko już rejs w stronę Labuan Bajo.

wypływamy z portu

marynarze

ostatni przystanek przed Labuan Bajo i już psuje nam się pogoda

i ostatnia kąpiel w czasie tego rejsu


PODSUMOWANIE
Cena takiej wycieczki (4 dni + 4 noce) zaczyna się od 1 800 000rp, nam się udało znaleźć za 1 700 000rp.
My nie skorzystałyśmy z ostatniego noclegu, wolałyśmy już zejść na ląd (marzyłyśmy o prysznicu i wygodnym łóżku).
Jedzenie na pokładzie dobre, ale przez dwa dni było takie samo. Załoga pomocna.
W czasie rejsu mogą mieć problemy osoby, które nie potrafią pływać, bo zejście na ląd polegało, przeważnie, na dopłynięciu wpław. W dodatku, jeśli nie potrafisz pływać lub nie czujesz się w wodzie pewnie, to ominie Cię kilka atrakcji (mnie ominęło polowanie na mantę). Rejs jest raczej nudny, bo ileż można patrzeć na piękne widoczki czyli warto zabrać ze sobą książkę.
Kolejnym problemem może być brak łazienki. Czyli przez te cztery dni jest duży problem z higieną. Moje mycie polegało na tym, że brałam butelkę wody mineralnej i myłam się nad kiblem. Dopiero 3 dnia nasz kapitan udostępnił nam słodką wodę do mycia. Zatem jeśli nie możesz przeżyć bez codziennego mycia głowy, to mocno się zastanów nad rejsem ;)
Inny problem, to bujanie. Nigdy nie podejrzewałam siebie o chorobę morską, a tam mnie dopadła. No po prostu koszmar. Trzymała mnie w sumie przez dwa dni. Najgorsze były wieczory, kiedy mój błędnik szalał. I nie należałam do wyjątków. Pierwszego dnia padła większość uczestników. W dodatku statek przez pierwsze trzy noce nie zatrzymywał się, tylko pędził jak szalony, przez co, jeśli masz problemy ze snem możesz czuć się niewyspany/a.
I na koniec. Czy polecam taki rejs? Tak polecam :)


nasz statek wewnątrz

oraz nasza sypialnia czyli deck

jedzonko... mniam :)

a tak jedliśmy

a tak zabijaliśmy czas wolny między kolejnymi wyspami



a, żeby dostać się do plecaków, trzeba było się namęczyć ;)

i na koniec filmik



REJS NA KOMODO REJS NA KOMODO Reviewed by Aleksandra Taskin on 11:39:00 Rating: 5

29 komentarzy:

  1. Chyba każdy na lekcjach geografii uczył się o Komodo. Chyba sporo też osób zamarzyła sobie wtedy, by się tam udać i na żywo zobaczyć "smoki". Super, że Tobie się to udało i miałaś okazję się tam znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez się cieszę z tego powodu :) To przed wyprawą do Indonezji był mój nr 1.

      Usuń
  2. Asia (Lisy w drodze)17 listopada 2015 00:19

    Zazdroszczę wyprawy, mimo tych minusów i tego, ze też przeżywałabym chorobę morską. Chętnie też pobudziłabym się wśród takich widoków:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też już nie pamiętam minusów. Za to bardzo dobrze pamiętam plusy :)

      Usuń
  3. Kurde - moją przygodę z Indonezją ostatnim razem byłem zmuszony zakończyć na Bali i Komodo zostawić "na następny raz". Niniejszym okazało się, że tęsknota jest wciąż żywa ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Wycieczka marzenie (no może bez początkowych sensacji z chorobą morską ;P). A Komodo faktycznie, słynne

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja o Komodo pierwszy raz słyszę (chociaż mam 6 z geografii ;) ). Fajne miejsce, trzeba będzie się za parę lat zakręcić w tamtych rewirach

    OdpowiedzUsuń
  6. Wciągająca relacja i te widoczki, przepiękne! Niestety dinozaurom w przebraniu i dzikim pszczołom mówię stanowcze nie! Chyba bym dostał zawału w pobliżu takiej gadziny :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dinozaury są fajne. Wyglądają groźnie, ale wszystko jest kontrolowane :)

      Usuń
  7. OOooo ile zdjęć :)
    Przykro z powodu choroby morskiej. Mi się zdarzyło cierpieć raz, ale dla mojej obrony - nawet kapitan wymiotował ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super wyprawa i widoki, chyba muszę się w końcu nauczyć pływać, a chorobę morską też miewam, więc może być ciężko, ale dla takich widoków na pewno warto. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja akurat choroby morskiej nie posiadam, ale widziałam po niektórych, że da się z niej wyleczyć. Także nie przejmuj się, to był jeden raz. Może następnym będzie lepiej. Swoją drogą, duży wiatr wtedy był? Jak to się przekładało na fale? Były duże? PS. Smoki są przecudowne. Marzę by je również zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez pierwsze dwa dni wiatr był spory, potem się uspokoiło. I podobnie było z falami.

      Usuń
  10. No wycieczka marzenie :D bardzo dobry wpis ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jejku jak cudownie! Chcę się tam znaleźć już teraz z dala od tej koszmarnej pogody.. I pływać w tej pięknej wodzie, chłonąć słońce.. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ta wycieczka organizowana była z Bali czy Lomboka, bo jakoś tego nie wyłapalam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Lomboka, a dokładnie z Senggigi.

      Usuń
    2. Na pewno wykorzystam ten wpis przy najbliższej możliwej okazji

      Usuń
  13. My Indonezję poznaliśmy tylko przez Bali, ale mocno zastanawialiśmy się nad wycieczką na Komdo. I teraz nie wiem czy żałować, bo ja mam okrutną chorobę morską i po kilku godzinach na takiej łodzi mam ochotę rzucić się w wodę, a co dopiero kilka dni?! ;)
    Za to warany cudne i... poszukamy chyba kiedyś innej opcji dostania się tam, ale coś wymyślimy! ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Niezła wycieczka i świetne widoki! Zazdroszczę :) Co do stopy, to być może stanęłaś na jeżowca? To niegroźne, ale baaaaaardzo nieprzyjemne i bolesne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też było takie moje pierwsze założenie, ale miejscowi mówili, że to nie jeżozwierz tylko jakaś ryba i byli mocno zaniepokojeni... przez 5 min ;)

      Usuń
    2. Jeżowiec, nie jeżozwierz :D Jeśli ryba to być może płaszczka z kolcem w ogonie, też mało przyjemne doświadczenie...

      Usuń
  15. Rejs prezentuje się przednio! Sam lubię od czasu do czasu wybrać się na taką wycieczkę, szczególnie, gdy takie widoki gwarantowane!

    OdpowiedzUsuń
  16. Ile można patrzeć na piękne widoki?
    No ja mogę długo, bo rzadko mam okazję tylko patrzeć i nic nie robić, a to fantastyczny czas - oczy się cieszę, a człowiek sobie może w spokoju, nic nie robiąc, pomyśleć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mogę długo, ale od ZBYT długiego siedzenia bolą 4 litery :D

      Usuń
  17. Ogromnie wam tego zazdroszczę. Uwielbiam gady i warany z Komodo zawsze mnie fascynowały! Może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  18. Z chorobą morską jest tak, że nigdy nie wiadomo kiedy cię dopadnie, Podobno czym dłużej się pływa tym jest lepiej.
    Jeżeli chodzi o rejs na Komodo to mnie zaskoczyłaś tym, że do większości atrakcji trzeba sobie dopłynąć ze statku. A co z osobami co nie potrafią pływać lub jak ktoś podróżuje z małym dzieckiem? Jest inna forma dostania się na ląd? Pisałaś o jednorazowej sytuacji z Angeliką jednak czy tak można było codziennie? Liczyli sobie za to dodatkową opłatę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że można domagać się łódki na ląd. Nie wiąże się to z dodatkową opłatą.
      Po prostu rejs to przede wszystkim snurkowanie, więc kapitan założył, że wszyscy dobrze pływają i poradzą sobie z dopłynięciem na brzeg.

      Usuń
  19. Cześć a co dalej po dobiciu do Labuan Bajo - zostałyście tam na wyspie czy wracałyście na Lombok? Czy jest opcja żeby zabrać się z powrotem na Lombok na łódce, którą się przypłynęło? Wtedy co prawda robi się w sumie 8 dni, chyba że są inne opcje na powrót

    OdpowiedzUsuń

Home Ads

Autor obrazów motywu: Sookhee Lee. Obsługiwane przez usługę Blogger.