Z plecakiem w podróży

Z plecakiem w podróży

DZIEŃ 15 - ATRAKCJE LUANG PRABANG

Pierwszy dzień w Luang Prabang. I kolejny upalny dzień, chociaż ranek zapowiadał chłodny i przyjemny dzień.
Dzisiaj miałyśmy w planie zwiedzanie miasta na rowerach. Po śniadaniu składającego się z naleśników, wypożyczyłyśmy rowery (15000 kip).
Zanim zacznę opisywać co było dalej nawiąże do tych naleśników. W tym mieście bardzo ciężko jest dostać typowo laotańskie jedzenie, ale za to bardzo łatwo można znaleźć tzw. zachodzie czyli pizze, hamburgera, no i własnie naleśniki. Widać, ze tubylcy wyszli naprzeciw oczekiwaniom turystów z tzw. zachodniego świata... niestety. Sami oczywiście jedzą swoje pyszne jedzenie. A ja z Agnieszką ciągle szukamy jakieś fajnej knajpki, ale średnio nam to wychodzi.
Wracając do zwiedzania. Tak wiec wypożyczyłyśmy rowery i ruszyłyśmy zwiedzać Luang Prabang. Zaczęłyśmy od Wat Xieng Thong. Waty w Laosie są trochę inne niż Waty w Tajlandii. Sprawiają wrażenie starszych, bardziej... nie wiem jak to określić... mniej świecących(?). Są skromniejsze, ale tchną jakimś spokojem, zadumą. Przyznaje się, ze wole te Waty niż te w Tajlandii.

 W Wat  Xieng Thong















Nastepnie postanowilysmy przeprawic sie przez Mekong i poogladac Waty po drugiej stronie rzeki.
O mały włos, a dałybyśmy się naciągnąć na bilet na prywatna łódkę (70000 kip), na którą nie mogłyśmy nawet zabrać rowerów. Dopiero po jakiś 2 min coś nas tknęło i Aga poszła sprawdzić  ceny promów. Okazało się, ze przeprawa kosztuje 10000 kip od osoby. Razem z rowerem. Wiec nie czekając skorzystałyśmy z tej opcji. Po drugiej stronie rzeki stwierdziłyśmy, ze jesteśmy głodne i postanowiłyśmy zjeść rybkę z grilla oraz owoce. Musicie wiedzieć, ze tutaj owoce smakują pysznie. Są słodkie, soczyste i czuć, ze wygrzewały się na słońcu, a nie w chemikaliach.

To nasz posiłek

 i po posilku


Po jedzeniu ruszyłyśmy do Wat Chomphet. Bilet nas kosztował 10000 kip, a czekało nas tysiące schodów do pokonania. No dobra przesadzam, ale było ich staaaasznie dużo. Gdy weszłyśmy na góre przed naszymi oczami ukazała się.... stodoła. I to był cały Wat. I już miałyśmy tupać nogami ze złości, że wspinałyśmy się tylko po to, żeby zobaczyć stodole, ale gdy odwróciłyśmy się w stronę rzeki ukazał się nam przepiękny widok. Było warto. I tak na stopniach stodoły...hmm... chciałam napisać Watu spędziłyśmy dobre 45 min. Było sielsko i anielsko.

te schody nas wykończyły

 w środku Wat Chomphe

 sielskie widoczki na Mekong

jedno z niewielu wspólnych zdjęć

 stodoła ;)

 takie zdjęcia uwielbiam. Aga zawsze próbuje popsuć mi zdjęcie. Ja to wstawiam na bloga, a ona się wścieka :)


Potem ruszyłyśmy w stronę Wat Long Khun. Znowu zapłaciłyśmy 10000 kip. Tym razem był to zespól klasztorny z jednym skromnym Watem. W środku dżungli. Po prostu spokojne życie mnichów.

zaginiony Wat w dzungli. Sielskie zycie





Aga sie modli... do komorki

tak są wymalowane ściany


Po Wath Long Khun ruszyłyśmy w poszukiwaniu wiosek zagubionych w dżungli. Upal niesamowity, droga szutrowa, nam się ciągle wydawało, ze jedziemy pod górkę ;) Poddałyśmy się po jakieś godzinie, gdy skończyła nam się droga oraz  woda. Postanowiłyśmy wrócić do cywilizacji.
Gdy napotkałyśmy pierwszy, powiedzmy szumnie, sklep, to okazało się, ze maja coca cole, ale nie maja wody. Niech żyją korporacje. I tak popijając ten wspaniały trunek, zostałyśmy zaczepione przez jednego z mnichów, który chciał sobie z nami porozmawiać. Dziwne, bo teoretycznie mnisi maja zakaz rozmawiania z kobietami, ale wygląda na to, ze to tylko taki sobie zakaz.

napoj bogow ;)

takim promem przeprawiałyśmy się na druga stronę rzeki


już na promie



życie na promie


znak stopu(?)

gdzieś po drodze


Po dopłynięciu do brzegu udałyśmy się na poszukiwanie szpitala. Postanowiłam, ze wykorzystam swoje ubezpieczenie i sprawdzę co się dzieje z moją stopą i dlaczego nie chce z niej schodzić opuchlizna. No i na poszukiwaniach się skończyło, bo mimo, ze Luang Prabang jest drugim co do wielkości miastem w Laosie, dawna stolica,itp., itd.,  to nie uświadczysz tu szpitala. Pewnie gdzieś tu jest, ale gdzie, to nikt nie wie.

chwila odpoczynku przy pysznych lodach na różowej kanapie

Zatem po tych bezowocnych poszukiwaniach oddalysmy rowery i wyruszylysmy na nocny targ. Znowu wzbogacilam sie o pare t-shirtow. Nastepnie pyszne lody, potem kolacja i teraz siedze i stukam w klawisze.
Jutro dalszy ciag poszukiwania zaginionych wiosek na drugim brzegu.

dziwny pies spotkany na drodze. Dla Waszej wiadomosci, nikt go nie pomalowal

A i jeszcze jedno. Siedząc w war Chomphet ustaliłyśmy, ze nasza wyprawa otrzyma zaszczytna nazwę: "tropem Buddy drapiącego się po d..." ;)


idź do:
DZIEŃ 14
DZIEŃ 16


DZIEŃ 15 - ATRAKCJE LUANG PRABANG DZIEŃ 15 - ATRAKCJE LUANG PRABANG Reviewed by Aleksandra Taskin on 08:14:00 Rating: 5

1 komentarz:

  1. Brawo dla autora nazwy wyprawy :) Część z tych miejsc rozpoznaję. To miasteczko długo będę pamiętać :) Pozdrawiam podążające "tropem Buddy drapiącego się po d..." Gośka

    OdpowiedzUsuń

Home Ads

Autor obrazów motywu: Sookhee Lee. Obsługiwane przez usługę Blogger.